Gallery

img_1656a pszczola roz img_5677

Pół żartem, pół serio

Sezon filmowy jesienno – zimowy rozpoczęty :)

W tym roku planujemy z Młodą przejażdżkę po przeszłości :)

 

„Pół żartem, pół serio” weszłyśmy w cudny świat amerykańskiego kina :)

 

Młoda była zachwycona…  bardziej Jackiem Lemmonem niż Merlin.

Faktycznie w roli Daphne jest rewelacyjny, a tango  z Joe E. Brown -  mistrzostwo świata :).  Mnie powala na łopatki.  Podoba mi się też w  scenie, kiedy po tanecznej nocy, z grzechotkami w rękach opowiada o swoich zaręczynach :)

….

Lubię stare amerykańskie kino. Być może jest proste i naiwne ale za to pełne uroku. I pomimo tego, że było już wtedy przemysłem to jakoś mniej trąci wielkimi produkcjami „dla kasy” a ja oglądając te filmy mniej się czuję, jako widz,  ładowana w butelkę.  Tak się czułam np. oglądając „super- hiper hicior” sławiony pod niebiosa pt. „Prometeusz”.

 

W każdym razie, jakby co,  zapraszamy do starego kina i wspólnego oglądania :) U nas jest i popcorn i zimne napoje ;)

 

 

Na jakiś bardzo długi zimowy (czyli za jakiś czas) wieczór planujemy oczywiście super wyciskacz łez, czyli „Przeminęło z wiatrem” a już wkrótce – „Deszczowa piosenka” (oby deszczy nie wyśpiewali) i mój ukochany film „Śniadanie u Tiffany’ego”.

No i oczywiście wiele, wiele innych :) Do Jacka Lemmona też zapewne wrócimy…  i do Merlin też :)

Już się cieszę :)

Opole Bike

Lubię Opole. Miasteczko małe, zadbane, przyjemne dla „użytkownika” ;) Za każdym razem kiedy tam jestem widzę coraz to nowe smaczki, zmiany na plus.  Od strony wizualnej po atrakcje umilające czas i życie mieszkańcom. Nasi włodarze mogliby się trochę od Opolan nauczyć. Byłoby u nas milej żyć.

Tym razem przetestowałam rowery miejskie.

W Opolu wprowadzone od 2011 roku sprawdzają się świetnie. To naprawdę fajny pomysł.
Nie kosztują dużo. Pierwsze 20 minut nawet jest za darmo, więc czasem można dostać się wybranego punktu miasta szybko, przyjemnie i bez dodatkowych kosztów. Punktów wypożyczeń chyba sporo, ale tu powinni wypowiedzieć się chyba raczej opolanie.  Rowerki śmigają całkiem sprawnie. Są wygodne, mają trzy przerzutki, dzwonek i koszyk na różne różności, np. można wsadzić tam pieska – nasza Salsa trochę się buntowała i oznajmiała to wszem szczekając. Dzięki temu jednak zupełnie nie musiałam używać dzwonka.

Pojechaliśmy wałami wzdłuż Odry. Super miejsce na rowerową przejażdżkę, pobieganie i spacer. Potem wyspa Bolko, gdzie już widać pierwsze oznaki zbliżającej się jesieni.  Żałowałam, że tym razem nie miałam przy sobie aparatu.  Na koniec wyprawa na rynek. Na trawnikach przy kanale stały rzeźby ekologiczne zrobione podczas jakiegoś festiwalu, tu i ówdzie jakieś artystycznie ciekawe graffiti.

No i jeszcze super zrobiona siłownia nad Odrą pod chmurką ;)

Oj, jak mi się marzą takie miejsca w Rudzie. Bardzo.  Bardzo. Bardzo.

dedykacja

30 maja 2009

W maju 2008 roku napisałam:

Odkąd skończyłam 15 lat śmierć towarzyszy mi w życiu prawie każdego dnia. Czasem jest daleko, czasem czuję jej obecność tuż za plecami. Był czas, że nie opuszczała mnie wcale. To był czas, kiedy uciekałam od tego, co żywe, bo każde dotknięcie powodowało ból. Niepamięć była ucieczką, ale była to ucieczka pozorna. Tak naprawdę tworzyłam ułudę świata rzeczywistego. Każde zetknięcie z rzeczywistością powodowało ból i wtedy pojawiała się śmierć, jako alternatywa. Kusząca. Tylko ona bowiem dawała „realną” możliwość ucieczki i niepamięci. Pogrążenie się w niebyt. „Nie być, nie myśleć, nie czuć” – kuszące obietnice, które produkował mój umysł. Miałam jednak kotwicę, silną i niezmienną. Nie mogłam zostawić córki. Były dni, gdy nienawidziłam tego zakotwiczenia. „Bez tego było by prościej” – myślałam – „Prościej uciec”. I wtedy na mojej drodze pojawił się Ktoś, kto pomógł mi zrozumieć. I wciąż pomaga, dzień za dniem. „Działaj”, „Idź do przodu”, „Rób swoje” – mówi i cholera, wierzcie mi, ma rację. Dziś śmierć nadal mi towarzyszy, ale już nie, jako mamiąca forma ucieczki. Dziś widzę, że ciągle mam wybór. Codziennie budzę się i wybieram życie. Takim, jakim jest i ze wszystkim, co przynosi. I jeśli nie wiem, od czego zacząć, zaczynam od początku, bo w każdym końcu zawiera się jakiś początek. Dzień za dniem, krok po kroku – do przodu. A kiedy zapominam i przestaje być uważna dostaję porządnego kopa w tyłek. I wiecie, co – coraz wyraźniej widzę, że gdyby każdy robił to, co do niego należy świat byłby jaśniejszy. Dziękuję Panie J. za to, że jesteś i wciąż kopiesz mnie w tyłek :-)

Od tej pory wiele się zmieniło ale… pewne rzeczy wciąż pozostaną takie, jakimi są… I niech się toczy…
Bo „w każdym końcu zawiera się jakiś początek”… Prawda?

 

14 wrzesień 2012

Chcąc nie chcąc mój blog przeszedł kolejne zmiany. Tym razem ze względu na przeprowadzkę blog.pl na nowa platformę. Szkoda mi grafiki stworzonej przez Jachuszę*. Była pamiątką. Jedną z wielu, które pozostały po nim i jego twórczości na blog.pl. Pewnie inne jego grafiki blogowe tez już nie istnieją.  Zrobiłam, co mogłam by przynajmniej choć trochę odtworzyć to, co kiedyś dla mnie „narysował”.  Mam nadzieję, że jeszcze długo pozostaną  jego słowa na www.olac.blog.pl, bo w sumie to, czego starał się nauczyć mnie i wielu innych jest wciąż najcenniejsze.  Z pozdrowieniami dla Ciebie Jachusza-Jachu-Jano-Yano, gdziekolwiek teraz jesteś.